Kogo naprawdę zalicza się do klasy robotniczej?
Demokratyczni Socjaliści Ameryki (DSA) twierdzą, że walczą o rząd, „który jest budowany przez pracowników, który służy i jest przed nimi odpowiedzialny”. To mocne hasło, które wyznacza wyraźną granicę.
Ale spójrz na tych, którzy faktycznie nominują i głosują.
Według wewnętrznego badania DSA z 2021 r. 80% członków partii powyżej 25. roku życia posiadało wykształcenie wyższe. Prawie 30% zarabiało ponad 100 000 dolarów rocznie. To plasuje ich dokładnie (w samym środku) w górnych 15% dystrybucji dochodów w USA.
Wśród znanych twarzy partii: absolwent uniwersytetu Ivy League, prawnik korporacyjny, polityk będący synem hollywoodzkiego reżysera.
Ta rzeczywistość demograficzna wywołała burzę krytyki. Krytycy twierdzą, że DSA nie ma kontaktu z prawdziwą klasą robotniczą.
Thomas Edsall w The New York Times napisał, że większość zwolenników DSA „wcale nie należy do klasy robotniczej”. Komentatorzy prawicy (np. Robbie Sovay) i liberalne skrzydło lewicy (np. Noah Smith) są zgodni.
Napięcie jest prawdziwe. DSA chce reprezentować pracowników, ale jej skład przypomina wydarzenie networkingowe w Dolinie Krzemowej.
Jak więc socjaliści odpowiadają na te oskarżenia?
Istnieją dwa główne podejścia. Po pierwsze, organizacja nie musi należeć do klasy robotniczej, aby walczyć o swoje interesy. Inny twierdzi, że krytycy po prostu błędnie interpretują definicję.
Preferowana odpowiedź DSA jest prostsza i bardziej prowokacyjna.
Krytycy są w błędzie, ponieważ termin „klasa robotnicza” obejmuje prawie każdego, kto sprzedaje swoją siłę roboczą, aby przeżyć. Obejmuje to prawnika. Obejmuje to kucharza liniowego.
Model dwuklasowy: mapa z XIX wieku
Definicja ta nie jest nowa. Ma głębokie korzenie w ortodoksyjnym socjalizmie.
Ben Burgis piszący dla Jakobina wyjaśnia tę logikę. Ortodoksi socjaliści wyznają „układ dwuklasowy”.
Zgodnie z tym poglądem istnieją tylko dwie grupy:
- Kapitaliści: Ci, którzy posiadają środki produkcji (fabryki, gospodarstwa rolne, biura).
- Pracownicy: Wszyscy inni, którzy muszą pracować dla właścicieli, aby przeżyć.
Wielu współczesnych socjalistów uważa ten model binarny za zbyt prosty. Ale taka retoryka jest nadal obecna. Wśród antykapitalistów powszechnie uważa się, że prawnicy i robotnicy należą do tej samej podstawowej klasy.
Dlaczego ten pomysł jest nadal aktualny?
Bo jest w tym trochę prawdy. Wykształceni specjaliści i pracownicy fizyczni tak mają wspólne zainteresowania. Obydwoje ucierpią, jeśli zasiłki dla bezrobotnych zostaną obniżone. Obydwoje korzystają z silnej siatki bezpieczeństwa socjalnego, co nie ma miejsca w przypadku takich postaci jak Elon Musk.
Jednak w większości przypadków ta XIX-wieczna mapa jest nieaktualna. Zamiast wyjaśniać, ukrywa ogromne podziały gospodarcze współczesnej Ameryki.
Niespełnione przepowiednie Marksa
Karol Marks i Fryderyk Engels położyli podwaliny pod Manifest Komunistyczny z 1848 roku.
Przewidywali, że industrializacja usunie różnice między pracownikami. Technologia obniży płace wszystkich do „niskiego poziomu”. Klasa średnia – drobni producenci, sklepikarze – zniknie.
Społeczeństwo podzieli się na dwa wrogie obozy.
W tych szczególnych warunkach model binarny miał sens. Gdyby wszyscy stali się biedni i bezsilni, kłótnie o subtelne różnice nie miałyby sensu. Gdyby wszyscy właściciele firm stali się częścią kurczącej się elity, można by ich zgrupować.
Ale nie żyjemy w tej przyszłości.
Kapitalizm nie zmienił robotników w jednorodną masę. Stworzyło zróżnicowaną siłę roboczą, podzieloną na segmenty według wynagrodzenia i prestiżu. Rozwój przemysłu zapewnił milionom ludzi niespotykany dobrobyt, do czego przyczyniły się reformy socjalistyczne, takie jak związki zawodowe i system zabezpieczenia społecznego.
Dlaczego model binarny już nie działa
Staromodni socjaliści posługują się modelem dwuklasowym, aby poruszać się po nowoczesnym kapitalizmie. To nie działa.
Weźmy dochód.
W USA właściciele małych sklepów ogólnospożywczych zarabiają około 70 000 dolarów. Wielu chirurgów zarabia ponad 600 000 dolarów.
Ortodoksyjny socjalizm zakłada, że obaj mężczyźni należą do różnych klas podstawowych. Właściciel sklepu jest kapitalistą (jest właścicielem sklepu). Chirurg jest pracownikiem (sprzedaje swoją pracę).
To nie wydaje się właściwe. Właściciel sklepu ogólnospożywczego i miliarder-prezes nie mają podobnych interesów materialnych. Podobnie jest z walczącym rolnikiem i wysoko opłacanym neurochirurgiem. Jednak model binarny zmusza ich do przynależności do różnych obozów.
Klasa nie jest binarna. Jest to skala wielowymiarowa (kontinuum).
Niewyraźna granica między pracą a kapitałem
Granica między robotnikiem a właścicielem jest dziś bardziej zatarta niż w czasach Marksa.
Większość Amerykanów posiada dom. Wiele osób ma konta emerytalne 401 (k) wypełnione akcjami. Wielu miliarderów decyduje się na pracę.
Socjaliści definiują klasę poprzez zależność od pracy. Typowy pracownik wiedzy posiada pewne akcje, ale niewystarczające, aby przejść na emeryturę i żyć z dywidend. On musi pracować, aby przeżyć. Dyrektor generalny-miliarder nie ma takich ograniczeń.
To rozróżnienie jest uzasadnione. Ale to nie rozwiązuje problemu, gdzie dokładnie narysować linię.
W rozwiniętej gospodarce potrzeba pracy jest w dużej mierze subiektywna.
Miliony Amerykanów żyje za mniej niż 20 dolarów dziennie. Gdyby rodziny z wyższej klasy średniej przyjęły surowy tryb życia, prawdopodobnie mogłyby utrzymać się z dochodów z inwestycji.
Amerykanie nie powinni żyć w biedzie. Jednak zdefiniowanie, co stanowi godne życie, jest złożone.
W czasach Marksa „dobre” życie oznaczało jedzenie, dach nad głową i trochę wolnego czasu. Dziś obejmuje to wysokiej jakości edukację, zaawansowaną opiekę medyczną, nowoczesny sprzęt AGD, dostęp do Internetu i samochód.
Wszystko to uważa się za konieczność.
Gdzie w takim razie jest granica?
Pisarz socjalistyczny Matt Bruenig zasugerował próg aktywów wynoszący 1,4 miliona dolarów. Kiedy już uzbierasz tę kwotę, sprzedaż Twojej pracy stanie się opcjonalna. Nie należycie już do klasy robotniczej.
Czy to jest dokładne? Nie.
To arbitralne. Zapytaj Amerykanina mającego 1,4 miliona dolarów, czy potrzebuje pracy. Najprawdopodobniej powie tak. Ponieważ bez wynagrodzenia nie jest w stanie utrzymać pożądanego poziomu życia.
Jeśli podniesiesz próg do 1,6 miliona dolarów lub 800 000 dolarów, o statusie danej osoby będą decydować nie tylko dochody osobiste, ale także całkowity majątek, wartość rynkowa umiejętności, zamożność rodziny, a nawet uprawnienia do świadczeń.
Jedynym sposobem na określenie górnej granicy „klasy robotniczej” bez uciekania się do arbitralnych ocen stylu życia jest podniesienie jej bardzo wysoko w hierarchii. Po uwzględnieniu multimilionerów termin ten traci wszelką wiarygodność.
Kto zyskuje na niejasnych definicjach?
Nawet jeśli mapa dwuklasowa ma wady, może być użyteczna politycznie.
Być może, gdy bogaci profesjonaliści utożsamiają się z biednymi pracownikami, walczą o ich interesy.
DSA opowiada się za polityką przynoszącą korzyści osobom znajdującym się w najbardziej niekorzystnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych, pomimo członkostwa w tej organizacji. W ślad za ruchem Occupy Wall Street wielu wykształconych millenialsów utożsamiało się z „99%”. Grupa ta popchnęła Partię Demokratyczną w kierunku ambitnej polityki przeciwdziałania ubóstwu, takiej jak gwarantowany dochód.
Główną barierą fiskalną dla amerykańskiej socjaldemokracji pozostaje polityka podatkowa. Amerykańska klasa średnia, zwłaszcza wyższa klasa średnia, płaci znacznie mniej podatków niż jej odpowiednicy w Europie Zachodniej.
Jednak tak rozszerzona definicja może być stosowana także w złej wierze.
Pozwala bogatym profesjonalistom maskować swoje specyficzne interesy jako interesy wszystkich pracowników.
Weźmy hasło umorzenia wszystkich długów studenckich.
Za rządów Bidena DSA skrytykowała plan umorzenia długu w wysokości 10 000 dolarów. Chcieli umorzyć wszystkie długi studenckie, łącznie z tymi, którzy uczęszczali do elitarnych szkół medycznych i zdobyli tytuł MBA.
Czy to jest walka o klasę robotniczą?
A może jest to walka dla profesjonalistów, którzy zaciągnęli długi, aby rozwijać swoją karierę?
Taksonomia z podkategoriami – biedni, klasa robotnicza, klasa średnia, bogaci, super bogaci – odzwierciedla rzeczywistość znacznie lepiej niż system binarny.
Graham Platner, były kandydat Demokratów do Senatu w Maine, ilustruje to zamieszanie. Dla niektórych jest to pracownik. Nie posiadał wyższego wykształcenia. Pracował po 12 godzin dziennie zbierając ostrygi. Jego głos był ochrypły.
Dla innych jest pseudoproletariuszem. Uczęszczał do szkoły przygotowawczej. Otrzymał pomoc finansową od rodziców.
Z punktu widzenia ortodoksyjnego socjalizmu prawdopodobnie nie kwalifikuje się do klasy robotniczej. Nie potrzebuje pracy, żeby przeżyć dzięki zasiłkowi inwalidzkiemu. I ma własną firmę.
Żaden pojedynczy punkt na skali nie zmienia pozycji klasowej danej osoby.
Przepaść pomiędzy „99%” a miliarderami jest ogromna. Jednak przepaść pomiędzy 15% najlepszych pracowników a najbiedniejszymi pracownikami jest nie mniej krytyczna.
Potrzebujemy zgrubnych kategorii dla polityki. Nikt nie skanduje: „30 i 50 percentyl dochodu gospodarstwa domowego, łączcie się!”
Ale jeśli za bardzo zacieramy granice, tracimy z pola widzenia, kto tak naprawdę zwycięża. W rezultacie otrzymujemy ruch, który twierdzi, że przemawia w imieniu pracownika, ale w coraz większym stopniu przypomina ruch menedżerski.
























